Podstawy kociej pielęgnacji okiem
moim i Franciszki. W porozumieniu z
lekarzem weterynarii. A także słów kilka o tanim, ekologicznym „żwirku” do
kuwety.
Jeśli jesteś właścicielem kota –
zapewne nie są to dla Ciebie sprawy szczególnie nowe, ale zawsze warte
odświeżenia. Jeśli zaś nie masz czworonożnego przyjaciela, sprawdź, czy
nie powinieneś ;)
Zasadniczo uważa się, że trzymanie
w domu kota jest znacznie mniej problematyczne niż posiadanie psa. Można bronić
tego stanowiska, zależy to jednak od naszego ogólnego podejścia do zwierząt w
mieszkaniu. Jestem przekonana, że niektórzy bardziej dbają o np. świnki morskie
niż inni o psy. Niemniej jednak, posiadanie kota ma zdecydowanie takie cechy,
które niektórym wydają się być dużymi zaletami. Dlaczego piszę, że się wydają?
Ponieważ nie ma rzeczy idealnych dla każdego, zwierząt też nie. Koty zdają się
potrzebować mniej uwagi – nie trzeba wychodzić z nimi na spacery i są w stanie
zająć się sobą przez długi czas, bez zaangażowania właściciela. Są po prostu
wielkimi śpiochami ;) Jednak to, co dla jednych jest zaletą, dla innych będzie
wadą. Nie trzeba wyprowadzać kotów na spacery (choć można), a dla niektórych
konieczność wychodzenia z psem może być świetną sprawą i motywacją do
zdrowszego stylu życia. Nie każdy też lubi kocią niezależność. Jeśli jednak
wydaje Ci się, że kot jest zwierzęciem dla Ciebie, bo wymaga tak niewiele
zaangażowania – prawdopodobnie nie powinieneś jednak go posiadać.
Właścicieli psów obowiązuje
znacznie więcej zasad. Przepisy regulują takie kwestie jak szczepienia (obowiązkowe
przeciwko wściekliźnie), kontrolę nad zwierzęciem – zapobieganie szkodom,
zwłaszcza pogryzieniom, w środkach transportu spotykamy przepisy dotyczące ich
przewozu. Może się więc wydawać, że z kotem jest łatwiej, bo „nic” nie trzeba.
Trudno mi stwierdzić, czy przepisy milczą o kotach, bo psy są zwyczajnie
bardziej popularne, czy też psy wchodzą w większą interakcję z resztą
społeczeństwa i wymaga to regulacji. Jednak z punktu widzenia właścicielki
kota, jest to tak naprawdę... wada. Kiedyś podróżowałam z Franciszką pociągami.
Zawsze stanowiło to problem. Zdarzało się, że co innego słyszałam na temat jej
przewozu (i opłaty za niego) w kasie, co innego u konduktora. Właściciele psów
mieli po prostu łatwiej. Mogli nie zgadzać się z sensownością istniejących
regulacji, ale wiedzieli, jak się zachować. Czy przestrzegali tych przepisów –
to już inny problem, ale wiedzieli, na czym stoją. Je jechałam w ciemno i każdy
mógł mi wmówić jakieś wykroczenie. Poza tym, po prostu uważam, że pewne kwestie
powinny być regulowane prawnie. Niestety, jest zbyt wielu nieodpowiedzialnych
właścicieli zwierząt. Odpowiednie przepisy zapewne nie sprawiłyby, że tacy
ludzie zmądrzeją, jednak ułatwiłyby egzekwowanie pewnych spraw.
Kontrowersyjna jest kwestia
szczepień. Tak ludzkich, jak i zwierzęcych ;)Nie lubię jednak popadać w
skrajności. Uważam, że są szczepienia niezbędne i takie, które służą bardziej
do nakręcania dochodów. Nie oszukujmy się, przemysł farmaceutyczny to wielki
biznes. Ja i Kiciowa (jaki pan, taki kram,mówią) nie przepadamy za wizytami u
lekarzy, że o kłuciu nie wspomnę. Nie znaczy to jednak, że beztrosko zbywamy
temat milczeniem. A jednak nie szczepię kota. Dla niektórych może to być
wyznanie niemal obrazobórcze, dla innych znów całkiem normalne. Dlaczego więc nie? Franciszka jest kotem,
który zupełnie nie wychodzi z domu – nawet ze mną na smyczy. Bywa jedynie
transportowana do samochodu i stamtąd znów do kilku „zaprzyjaźnionych” domów.
Nie wykluczam, że dziś podjęłabym inną decyzję w tej sprawie – mamy w końcu kontakt z wychodzącą kotką moich rodziców. Jednak
Frania nie jest młodym kotem. Włączanie jej szczepień teraz mogłoby przynieść
więcej szkody niż pożytku. Staram się jednak wnikliwie obserwować kotkę, a w
razie potrzeby nie szczędzę sił i środków. A należy pamiętać, że to mogą być
całkiem konkretne środki. Kiciowa jest dość zdrowym i odpornym egzemplarzem –
to też półdachowiec i omijają ją niektóre, typowe pewnym rasom (szczególnie
pseudochodowlanym) dolegliwości. Mimo to nie są nam obce tabletki, zastrzyki,
pobieranie krwi, usg i operacje. Jeśli mamy zwierzaka, trzeba się z tym liczyć.
Na co dziś zaszczepiłabym kota?
Lekarze weterynarii zalecają przede wszystkim szczepionkę na podstawowe choroby
zakaźne (koci katar, panleukopenia, kaliciwiroza). Ewentualnie także
chlamydioza. Te brałabym pod uwagę. Inne bym odpuściła, ale mam kota domowego.
Gdyby wychodził, dorzuciłabym więcej. Sama z siebie polecam wściekliznę –
jeżeli Twój kot chodzi samopas, poluje, a dodatkowo, bezwzględnie jeśli mieszka
w pobliżu większego parku lub lasu. Weterynarze polecają też szczepienie
przeciwko kociej białaczce – zwłaszcza u terytorialnych, niekastrowanych
kocurów (a nie jestem ich zwolenniczką) i kotów wystawowych. Warto
jednak wcześniej sprawdzić, czy kot już nie jest nosicielem. Radziłabym
kierować się w tu własnych rozumem, ale biorąc pod uwagę dobro kota, nie portfela.
Ilu weterynarzy, tyle opinii, niektórzy pewnie zalecają rokroczne powtarzanie
całego pakietu szczepień. Jednak każdego kota trzeba rozpatrywać indywidualnie.
Sczepienia nie są przecież takie różowe, a w gabinetach rzadziej już usłyszymy
o możliwości wystąpienia mięsaków poszczepiennych. Po prostu, wszystko ma dobre
i złe strony, każdy musi rozważyć, które przeważają.
Co z odrobaczaniem? Znów bardziej
pilnujemy w tym temacie psów, które po prostu z racji obowiązkowych szczepień
na wściekliznę regularniej odwiedzają weterynarza. A o koty również należy w
tym względzie zadbać! Zdecydowanie też (w obu przypadkach) powinno być ono
częstsze niż raz do roku. Chyba że kot nie wychodzi. Wówczas może być raz – dwa
razy w roku. Wychodzące co 2 miesiące. Dlaczego należy odrobaczać kota, który
nie ma kontaktu z zewnętrzem? Choćby dlatego, że my go mamy. Kto wie, ile
nieproszonych gości przynosimy do mieszkania na własnych butach? A koty, jak to
w bajkach – lubią towarzystwo butów. Franciszka bardzo często przytula obuwie
nasze i naszych gości :)
Reszta opieki sprowadza się do
codziennej pielęgnacji i uważnej obserwacji. Każda zmiana w zachowaniu i w
wyglądzie powinna być dla nas sygnałem alarmowym. Powinniśmy czuć zaniepokojenie nie tylko, gdy kot więcej pije, czy jest apatyczny, ale także,
gdy bez wyraźnego powodu zmienia swoje zwyczaje. Nawet załatwienie się poza
kuwetą może nie być oznaką kociej niesubordynacji lecz problemów z drogami
trawiennymi czy moczowymi.
![]() |
Franciszka z Furminatorem |
Czesanie kota powinno następować w
zależności od długości sierści i rodzaju kocich aktywności. Kąpiele, wbrew
obiegowej opinii, także nie są zbędnym elementem pielęgnacji. Koty kąpać można,
czasem wręcz trzeba. Długowłose rasy można też ścinać. Pamiętajmy, że latem,
ale też zimą - w mocno ogrzewanym mieszkaniu, może im być po prostu ciężko.
Zdecydowanie zaś nie można dopuścić do powstawania kołtunów. Są nie tylko
nieestetyczne, mogą powodować dyskomfort zwierzaka, a także poważne
konsekwencje dermatologiczne. Co jeśli kot nie lubi czesania? Hmm... mogłabym
odpowiedzieć pytaniem: a co jeśli dziecko nie lubi czesania? Jakoś dla
większego dobra trzeba z nim powalczyć i liczyć na to, że przywyknie.
Przekupstwa są wcale wskazane. Należy pamiętać, że niewytłumaczone pogorszenie
się stanu okrywy włosowej może świadczyć o problemach z nerkami. Istotne jest
też pozbywanie się połkniętych kłaczków. Można ułatwić to kotom dając im dostęp
do trawy lub podając specjalne pasty, które roztapiają zalegającą w żołądku
sierść – ta wersja jest nieco mniej problematyczna, nie wymaga od nas
sprzątania ;)
Co do pazurków, zdecydowanie należy
je kontrolować i zapewnić możliwość ścierania. Drapak jest nie tylko najlepszym
przyjacielem Twojego kota, jest też najlepszym przyjacielem Twoich mebli i
dywanów. Obcinanie pazurków jest zaś, moim zdaniem, dogodnością raczej dla
właściciela niż zwierzaka. Należy to bezwzględnie robić, jeśli kot sam
nieprawidłowo ściera pazury, ale też należy się powstrzymać, gdy kot wychodzi
na zewnątrz. W końcu to jego broń. Obserwujemy też oczy, uszy i zęby, jednak
odradzam gmeranie w tych miejscach na własną rękę. Generalnie wszelkie
niepokojące objawy należy konsultować z lekarzem weterynarii. Koty mają to do
siebie, że dość długo nie pokazują, że coś im dolega. Dlatego wnikliwa
obserwacja i dobra znajomość zwierzaka są kluczowe.
![]() |
Miski nie muszą być piękne, ale czyste! Nie tylko w znaczeniu wyjedzonych do czysta ;) |
Istotne jest także karmienie. Dieta
musi być dobrze zbilansowana i nie zazębiać się zbytnio z ludzką. Nasze
przysmaki rzadko są odpowiednie dla zwierzaków. Na rynku jest dostępnych
mnóstwo karm, można też samemu przygotowywać zwierzakowi posiłki. Każdy musi tu
wybrać wg własnego sumienia i zasobności portfela, pamiętając jednak, że nie
zawsze taniej wychodzi to, co ma niższą cenę. Warto poczytać o prawidłowym
żywieniu zwierzaka, zanim kupimy pierwszą lepszą karmę w supermarkecie.
Szczególna uwaga należy się w tym względzie kotom starszym, przewlekle chorym i
karmiącym kotkom. Dobrze wybierać dla nich, dostępne u weterynarzy, dedykowane
karmy. Są droższe, ale mogą znacząco wpłynąć na zdrowie i komfort życia.
Najistotniejsza wydaje się tu być jednak kwestia nie jakości, ale ilości
jedzenia. Otyłość może u kotów doprowadzić do poważnych chorób – jak u ludzi,
jednak koty są pod tym względem znacznie bardziej wrażliwe. Równie niebezpieczne
jest też przegłodzenie kota. Kot musi jeść codziennie. Po 24 godzinach
niejedzenia należy zgłosić się do lekarza. To może być nie tylko objaw pewnych
chorób, ale też bezpośrednia przyczyna, więc trzeba szybko działać. Pamiętajmy też, by kot miał dostęp do świeżej wody. Nawet jeśli wybiera zupełnie nieświeżą - odstałą do podlewania kwiatków, lub hiperświeżą - jedynie bierzącą, powinien mieć wodę w miseczce. Kiciowa ma ich kilka - w różnych pomieszczeniach. I owszem - woli dwie inne wersje ;)
![]() |
Żwirek roślinny |
Kończy się temat, kończy się kot,
naturalną koleją rzeczy dochodzimy do kuwety. Oczywiście mówimy w tym tekście o
sprawach czysto fizjologicznych, bo psychiczne potrzeby kota, to całkiem
odrębny temat. Przyjmujemy za najbardziej oczywistą oczywistość, że kuweta musi
być czysta. Na tym można by zakończyć
tekst, ale obiecałam tani „żwirek”.wrzucam w cudzysłów, bo przecież zupełnie nie ma to nic związanego ze żwirem. Ani nawet z piaskiem. Zdradzę tylko jeszcze jedną
ciekawostkę. Przynajmniej dla mnie było to zaskoczenie, ale też mam tylko
jednego kota. Jeśli zaś macie więcej, należy mieć osobną kuwetę przypadającą na
każdą kocią... powiedzmy głowę... i jedną dodatkową. Nie wiedziałam o tej
zasadzie „plus jeden” :) Co do samego żwirku, wybór jest całkiem duży. W
starych książkach o pielęgnacji zwierząt zapewne znajdziecie zapis, by do
kuwety przynieść piasek z zewnątrz i wcale nie chodziłoby o sklep. Dziś piasek
kupujemy i jest to kolejny wydatek, który akurat możemy nieco zredukować.
Istnieje kilka rodzajów żwirku –
o różnym stopniu zbrylania i pochłaniana zapachów. Chyba najbardziej popularne są betonitowe Są też silikonowe i roślinne –
takie trocinowe „bobki” wykonane z przemiału różnych roślin. Wszystkie
dostępne w różnych przedziałach cenowych. Te ostatnie są najbardziej
ekologiczne i można je utylizować w toalecie. Często też mniej się noszą po
mieszkaniu, bo mają postać właśnie takich większych bobków, które nie
przywierają tak do kocich łapek. Jak widać na zdjęciu, przypominają karmę dla gryzoni w rozmiarze XL. (Nie jest to zdjęcie kuwety, tylko pudła z zapasem ;) ) To niewynoszenie działa jednak tylko w wersji niezbrylającej, bo te
tworzące grudki są bardzo drobne. Z takim wsypem dostawałam szału, stopień jego
roznoszenia był ogromny.
Przez bardzo długi czas używałam żwirku betonitowego.
Wydawał się być po prostu wygodny, dobrze się zbrylał i nieźle maskował zapach.
Jednak miałam dość jego roznoszenia i on sam mnie nie przekonywał. Te bryłki „betonu” po prostu nie wydawały mi się najlepszym rozwiązaniem. Zaczęłam więc
eksperymentować. Żwirek silikonowy zupełnie się nie sprawdził. Nie przekonał
mnie pod żadnym względem i nie robiłam do niego więcej podchodów. Możliwe,
że istnieje jakiś całkiem niezły tego typu wsyp, ale nie mam ochoty się już o
tym przekonywać. Wypróbowałam więc
żwirki roślinne – Cat’s Best – niezbrylający i zbrylający. Zostałam przy tym
pierwszym, bo znacznie mniej się nosi. Nie jest to żwirek idealny. Takiego
chyba nie ma. Mimo to polubiliśmy się. Największym problemem wydaje się być
właśnie to, że się nie zbryla. Wręcz przeciwnie, pod wpływem wilgoci rozpada
się na drobne wiórki. Nie mam z tym jednak kłopotu, musiałam tylko opracować
sobie odpowiednią technikę wybierania ;) Wygodnie jest za to po prostu spuścić
go w toalecie, co zresztą wcale nie zawsze robię, czasem wyrzucam go do kosza.
Podoba mi się też jego naturalny, drewniany zapach (jak w tartaku) – żadne
lawendowe, czy inne sztuczne zapachy tego nie pobiją. Wydajność także ma bardzo
dobrą. A gdzie najtaniej kupić taki „żwirek”? Nie trzeba robić tego w sklepach
zoologicznych. Robiłam tak, aż z okazji urządzania mieszkania, nie zaczęłam
bywać w różnych marketach budowlanych. Ten sam produkt można tam kupić taniej,
choć warto mieć samochód do jego transportu. W sezonie grzewczym widziałam go nawet na stacjach benzynowych. Można go też kupić w sieci, choć nbie sprawdzałam, czy się to opłaca. Zwykle biorę go po prostu gdzieś przy okazji. Funkcjonuje pod nazwą pellet i
służy do opału :)
Sprawdza się, wygląda i pachnie dokładnie tak samo. Kosztuje ok. 10 góra 15 zł
za 10 litrów/15 kg i starcza na bardzo długo. Polecam :)
A Wy jak dbacie o swoje
sierściuchy? O czym zapomniałam?